Kategorie: Wszystkie | Dzieci | Książki | Muzyka | Ogólne | Praca | Radości | Smutki
RSS
środa, 11 grudnia 2013

Już nie mogę..... wieczorem zasypiam na stojąco. D. też. Oby do świąt. Nie piszę, bo to kolejna rzecz do zrobienia na liście, a jest tyle innych ważniejszych.

Książka powinna trafić w przyszłym tygodniu do drukarni. Co do niej zaglądam widzę błędy. Co raz mniej, ale są. Nie wiem czy będę miała siłę jeszcze raz się jej przyjrzeć. M. tez mi nie pomaga spowolnioną pracą...

Kraków był ........ dziwny. Albo ja jestem dziwna. Nie bawi mnie już wzajemne wynoszenie się na piedestał. Co innego naukowe wsparcie, a co innego bezkrytyczne zachwycanie się sobą wzajemnie. 

I ogólnie święta mi się marzą - 2 tygodnie prawie nic nie robienia........

 

piątek, 08 listopada 2013

Gorący temat. Referendum przepadło. Ja nie byłam za nim w tej formie, jakiej proponowano.  Jestem za obowiązkiem przedszkolnym dla 5 latków i możliwością wybory czy chce się jeszcze zostać rok w przedszkolu czy nie.  Są szkoły przygotowane rewelacyjnie na małe dzieci, choć są też takie, które ich nie powinny przyjmować. Z roku na rok jest lepiej. Mierzi mnie cała ta polityka PO, PIS - tak aby teraz jak najwięcej ugrać na niezadowoleniu rodziców. Czy świadomi obywatele zmienią nagle orientację polityczną bo ich dziecko musi iść do szkoły w wieku 6 lat? Płytkie to jak kałuża na pustyni. 

Tak, jestem z tych, którzy posłali dziecko do szkoły w wieku 6 lat. Mój syn, drugoklasista czyta (całkiem nieźle), pisze (nawet bez większych kulfonów), uczy sie szybko ortografii, jest całkowicie przystosowany do dzieci. I nie spędzamy w domu długich godzin na nauce. Aż mi nawet głupio, że tak łatwo mu idzie. Daje sobie radę. Czasami zapomni klapek na basenie, zgubi kąpioelówki, zaginie mu zeszyt do angielskiego, zapomni z domu klucza do szafki. Ale czy nam dorosłym się to nie zdarza.

Tak, chce posłać moja obecnie 4,5 letnią córkę w wieku 6 lat do szkoły.

On był gotowy, ona idzie w tum kierunku. Rok dłużej w przedszkolu to w naszym przypadku strata dla ich rozwoju.

Jedyne co dla nas jest trudne, to zmęczenie. Ale to nie tylko szkoła. To pobudka o 6 rano, to jazda w korkach, to zajęcia szkolne i kółka, to mecze, to powrót do domu po 17 i to odrobina zadań domowych, jakie musi zrobić i jesień oczywiście.

Cieszę się, że mam to już za sobą. Udało nam się trafić na fajne przedszkole, fajne nauczycielki i ostatecznie fajną szkołę.

środa, 06 listopada 2013

Już trzecia w tym roku szkolnym. 18.40, wtorek. Wczoraj pracowałam do 17.40. Do kościoła dojechałam o 18.30. Zmęczona. Jak tu nie być zmęczonym po 12 godzinach aktywności.... Usiadłam w ławce, inni rodzice również. Wszyscy cisi, chyba wszyscy zmęczeni. D.w  Warszawie, a moje pociechy z babcią i dziadkiem, którzy woleliby być gdzie indziej. Tak przynajmniej  sądzę. A potem podpisanie listy i 50 minut wykładu  i udowadniania nam jak mało wiemy, jacy to jesteśmy mierni, nijacy..... Poziom wykładu mierny. Temat - objawienia, a więc wszystko co jest zapisane w Piśmie Świętym, od powstania świata po wniebowstąpienie Jezusa. W 50 minut. Plus taki, że ksiądz zaznaczył na początku, że nauka ma swoją wizję, ale ta wizja i tak nie ziściłaby się gdyby nie Bóg. To kwestia zwiła i trudna do dyskusji dla każdego kto wierz, i ma świadomość ewolucji. Ksiądz próbował wiązać Pismo i naukową historię świata. I to było całkowitą porażką. Znajomość tego drugiego mierna. A szkoda. Ciekawy temat, bardzo, dla mnie osoby, która wierzy i która zajmuje się historą człowieka. Brakowało mu podstawowej wiedzy z geografii (kiedy powstały kontynenty w takim kształcie jak ocenie) oraz archeologii i historii. I nie chodzi mi tutaj o wiedzę specjalistyczną, Chodzi o wiedzę podstawową z podręczników szkolnych. Szkoda. Jednak to utwierdza mnie w przekonaniu, ze w kościele nie ma miejsca na dialog. Obowiązuje jedna wizja.

Marzy mi się katecheza z aktywnym udziałem rodziców, z dyskusją nad różnymi ważnymi tematami. Tymczasem czeka mnie jeszcze 1,5 roku miernych wykładów i udowadniania mi, ze jestem niczym i nikim. Zmuszania mnie i szantażowania dzieckiem, które ma iść do komunii w 3 klasie.

My rodzice mamy już pewna wiedzę. Zdobytą w różnych szkołach. Mamy doświadczenie i własne ugruntowane poglądy. Sprawujemy różnorakie funkcje, często ważne. Mamy tytuły, certyfikaty. W większości jesteśmy gotowi do dyskusji, nawet zajadłych, ale takich, gdzie ktoś chciałby wysłuchać naszego punktu widzenia, albo nawet dać nam czas na przedstawienie tych poglądów. Tymczasem ignoruje się nas. 

Nie kręci mnie słuchanie przez 50 min miernego wykładu, gdzie błąd goni błąd. Oczy mi się zamykały ze zmęczenia, a przyznam się nawet, że pod koniec zaczęłam planować w myślach dzień następny.

Temat piękny, miernie zrealizowany. A wystarczyło poczytać, przygotować się. Odrobinę i nie traktować nas jak idiotów.

Do następnego razu

P.S. Chciałabym aby moje dziecko poszło do komunii.  Tylko tyle. A jakie konsekwencje.

 

 

środa, 30 października 2013

Taka nam właśnie strzeliła rocznica ślubu, dzisiaj.....

W podsumowaniu:

2 dzieci;

kredyt bankowy;

2 zółwie;

2 samochody;

To z rzeczy materialnych.

I choć ten mój mąż doprowadza mnie czasami  na skraj załamania nerwowego (zapewne z wzajemnością), to jednak nie żałuję decyzji o byciu razem.

Jest dobrze.

I tego nam na przyszłość życzę....

czwartek, 03 października 2013

Czasami mam wrażenie, że ludzie nie chcą brać odowiedzialności za to, co robią i biorą życie takim, jakie jest, płyną i akceptują co los im da.... Może to nie jest a takie złe, czasami, ale obserwując 3 przypadki w moim otoczeniu, mam wrażenie, ze taki wybór jest bardzo wygodny i bierze się z lenistwa, z braku chęci woli do wali, o siebie o swoje życie itd itp.

1. On z głową nabita wiedzą. Ja przy nim to malutki pikuś. Do tego dar popularyzatorski. I jeszcze zapotrzebowanie na jego wiedzę. Wiek już przy 50. Pozycja ciągle tylko dr i adiunkt. Habilitacje piszę od 10 lat i nie może skończyć. Bo ciągle coś. Ja na prawdę nie wiem, jak on się jeszcze na uczelni utrzymuje przy tych rygorach. A mógłby być już samodzielnym pracownikiem nauki.....w 2010, kiedy mój D. składał habilitację, on miał swoją prace prawie skończoną. Pomijam fakt, że D. napisał ja w 3 lata, a Mój znajomy za sobą miał już przynajmniej 6. Oczywiście wymówek jest tysiąc - konflikty, potem dziecko, a teraz najpoważniejszy - choroba. Tymczasem habilitacje musi zrobić, bez dwóch zdań jeśli chce dalej robic to co robi..... I tego nie rozumiem.

2. On skończył studia. Zaczął pracować w moim zespole 1,5 roku temu. Zatrudniłam go pod warunkiem, że się obroni. Podobno była to tylko formalność i do września 2012 miał mieć to już za sobą. I tu nie chodzi o jakąś super ambitną pracę magisterską. Tutaj chodzi prace opisową, na podstawie literatury, humainistyczną w 100% bez badań, obliczeń i innych takich. Normalnie usiąść na tyłku i napisać. Dodam, że praca ze mną nie jest wyczerpująca ani fizycznie, ani psychicznie. W wolnych chwilach może pisać i czytać również w pracy. W maju pojawił się u mnie ws. przedłużenia umowy. Zaznaczę, że ciągle nie miał przed nazwiskiem mgr, ale potwierdził swoje dążenie w tym kierunku. Miękka jestem, chłopak w porządku, stara się, uwag większych nie mam. Przedłużyłam do końca 2013 r. z tym samym warunkiem. Jednak ponieważ kolejna umowa będzie już na czas nieokreślony, zaznaczyłam, że mgr musi być i już. I w zeszłym tygodniu Ł. przychodzi do mnie z informacją, że on nie napisze jednak pracy, bo coś tam (jakiś bezsensowny powód z tłumaczeniem tekstu) i w takim razie nie będzie już pracował od stycznia. Żadnej skruchy, nic, chęci walki. Na moją sugestię, że powinien się mocno zastanowić, gość tylko stwierdził, że przecież takie były warunki. Skoro takie były warunki to DO WIDZENIA. Ręce opadają. I to nie jest tak, że praca dla nas leży na ulicach. ja nie będĘ miała problemu, żeby zatrudnić kogoś na jego miejsce.......żadnego. ALE ON, ŻEBY PRACOWAC W ZAWODZIE - TAK

3. On już mgr. Dobrze zapowiadający się, specyficzny, ale mądry. Wróżę mu świetlaną  przyszłość w świecie naukowym. Pisze doktorat. Od 4 lub 5 lat. Załatwiłam mu pieniądze na publikacje tej pracy, prawie 10 000 zł. Tłumaczenie i skład musi zrobić z innych Ąrodków, ale druk ma zapewniony.  Warunek - Książka musi się ukazać do kwietnia 2014 r. Nie ma zmiłuj się. Wie o tym od 2 lat. Rozmawiałam z nim wczoraj i dowiedziałam się, że bronić się będzie w maju...... Ręce mi opadają. Oznacza to, że pracę złoŻy pewnie ok marca, w j. polskim. Ksiązka jest planowana w angielskim........ Nie da się ni jak tego zrobić.

 

Ja tez nie jestem idealna. Zdarza mi się wiele wpadek. Ale w sytuacjach ważnych spinam się i robię. Siadam na tyłku i piszę. tak planuję wszytko, żeby się udało.

Tych trzech przypadków nie rozumiem:(

 

09:10, agamacz , Praca
Link Komentarze (5) »
środa, 18 września 2013

Czytając wszystkie dyskusje na temat przedszkoli, jestem przeszczęśliwa, że moje dzieci znalazły sieęw grupie dzieci "nieuprzywilejowanych" tj. takich, które do przedszkola na początku  swojej drogi się nie dostały. Oczywiście jestem świadoma tego, że gdybym była zainteresowana w kolejnych latach, zapewne mój syn lub córka w końcu dostałyby miejsce w takowym przedszkolu.... Ale mając doświadczenie z prywatnym przedszkolem i wiedząc, co może mi zaoferować przedszkole państwowe wybrałam to prywatne. Początkowo kosztem ogromnych finansowych wyrzeczeń, choć i teraz nie jest różowo przy płaceniu rachunków. Mam jednak to szczęście, że kwota na opłacenie przedszkola na rachunku zawsze jest.

Nie wiem, jakie zajęcia powinny być finansowane przez przedszkole, nie wiem też czy zajęcia dodatkowe powinny prowadzić panie przedszkolanki czy fachowcy. Nie mam takiej wiedzy na temat kwalifikacji zawodowych przedszkolanek. Zdaje sobie sprawę, że MEN chciało dobrze, a wyszło gorzej..... Ze przedszkole za złotówkę miało wyrównać dostęp dzieci do przedszkola bez względu na status finansowy rodziców. Ale okazało się, że podstawa to za mało, że duża grupa rodziców chce coś więcej. Ze nie interesuje ich fakt, że mama Kasi na angielski kasy nie ma, bo oni mają i chcą.

Wygląda to teraz fatalnie. Przepychanki rodziców, zaglądanie w kompetencje, oskarżanie to rządu to samorządów, szukanie obejść sytuacji.

A teraz co ja mam w ramach opłaty za przedszkole 690 zł

- angielski - codziennie, robiony przez profesjonalną firmę zajmująca się nauką języków dla dzieci

- rytmikę - raz w tygodniu, z profesjonalistą

- gimnastykę korekcyjną - raz w tygodniu - profesjonalna firma

- logopedia -  - raz w tygodniu - profesjonalista

- taniec - raz w tygodniu - profesjonalista

A za co muszę dodatkowo płacić jeśli  chciałabym aby dziecko w tych zajęciach uczestniczyło.

- karatę - profesjonalna firma, syn zdobył biały pas

- balet - prawdziwa baletnica z teatru

- gimnastyka ogólnorozwojowa robiona przez Akademię Reksia, czyli Akademię Reissa

- plastyka - techniki, których nie ma w przedszkolu (malowanie na deseczkach, pastele, decoupage, węgiel, nawet farby olejne:) itd) - plastyk artysta

- religia - katechetka

I uważam, ze taki podział jest ok. Przedszkole oferuje mojej córce bardzo dużo w cenie. Natomiast rzeczywiście płacić muszę za zajęcia extra, coś co nie jest nam potrzebne... Pomijam fakt, że w grupie jest 14 dzieciaków, a całe przedszkole ma ich chyba ok 40, w tym 3 grupy i 5 cioć. 

Do tego jako fanaberię można zaliczyć zdrowy catering, kosztujący na dzień 12 zł, ale z pełnoziarnistymi produktami, zdrowymi deserami itd. obejmujący m.in. dwa razy na miesiąc warsztaty kulinarne (w cenie) podczas których dzieci przebrane z fartuchy i czapki kucharskie przygotowują coś, co później zjedzą. Efekt - mój 7 letni syn uważa że KFC i McDonald są be i kijem nie dam rady go tam zaciągnąć.....

I nie jest to pochwała mojej sytuacji. Nie o to chodzi. Prywatnie to działa, państwowo nie. Jest po prostu byle jak, jak zwykle. Szkoda.  Dwa światy. I wszytko rozbija się o kasę.

 

 

 

 

wtorek, 17 września 2013

 Nawet doktorat nie wystarczy do zrozumienia tego:

http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,14617364,Do_katolickiej_szkoly_Hello_Kitty_nie_ma_wstepu.html#BoxSlotII3img

Gdzie ja jestem? Żyje w 3 co do wielkości mieście w Polsce, gdzie takie rzeczy się zdażają.....

Nie wierzę i nie rozumiem....

Może ktos mi wytłumaczy, dlaczego moja córka nie ma nosic kapci z Hello Kitty i koszulek z jej nadrukiem, pisac kredkami Hello Kitty......

 Czy kiedykowiek ktos z nich oglądał bajkę Hello Kitty....

W każym razie Polecam: http://youtu.be/jVxtAPXLZnw

Dzięki nim moje dziecko wie że jest coś takiego jak kurzotwór (patrz - trzeba sprzata), i że trzeba myć ręcę przed posiłkiem.

A swoja drogą rodzina Kitty jest całkowicie tradycyjna - mama siedzi w domu z dwójką kociaków, a tata chodzi do pracy.... Nie o to czasami chodzi.....

No i My little pony ..., co z tym nie tak, ze przyjaźn ponad wszytko, że walczą ze złem, że uczą się czegoś, że maja super piosenki dla 4 latków.

Pomijam kwestie marketingu, kultury masowej, ceny tego wszystkiego. To jest inna sprawa.....

Chodzi o sam symbol pt. Hello Kitty i My little pony i doszukiwania się czegoś dziwnego pod tymi słodkimi postaciami..... Po co to?

Tłuk jestem, głąb i już. Trudno, nie rozumiem. Na szczeście moje dziecko do tej szkoły nie chodzi.....

 

wtorek, 10 września 2013

Mamy teraz taki dziwny okres. Niby mój siedmiolatek to jest już duży facet, drugoklasista pełną gębą, samodzielny, że aż miło (niestety roztrzepany również), duży jak na swój wiek (nikt mu nie podskakuje), ale jeszcze potrzebuje przytulenia, głaskania, spania z przytulankami, kręcenia ogonka swojego wyleniałego tygryska. Jest na pograniczu bycia dużym i małym. I niby ogląda Gwiezdne wojny, gdzie tłuką się na potęgę, ale jeszcze z wieczorem wciągają go "My little pony". Wzrusza mnie jak siedzi i głaszcze swoja Frytkę - pluszaka surykatkę i rozmawia z nią.   Ale za chwile brutalnie uśmierca jakiegoś szturmowca z GW.

Korzystam jeszcze z tego....:) Niech się przytula do woli. Bo już nie długo przekroczy granicę i będę musiała się zadowolić skradzionymi w nocy całusami i przytulankami.

środa, 04 września 2013

No i się zaczęło. Pobudka, śniadanie, przedszkole, szkoła, praca, dom, kolacja, spanie.....

Szaleństwo, choć jeszcze nie jest tak źle. Zapasy snu wakacyjnego jeszcze duże. Pracy dużo. To będzie cieżkie 4 miesiące.

Jestem dumna jak paw z mojego 2-klasisty i mojej małej wiewórki. Rosną jak na drożdżach i są wielką radością mojego życia, choć czasami sprzedałabym ich bez mrugnięcia okiem na allegro...

piątek, 23 sierpnia 2013

Nie jestem w stanie czytać o tym, co się stało w Syrii, w szczególności o tym, ile dzieci zmarło.... Ja matka kwoka, kochająca ponad wszytko swoje dzieci, nie mogę sobie wyobrazić ogromu rozpaczy rodziców po stracie.

Nie rozumiem wojen w świecie arabskim. Tego co się dzieje w Syrii, a zapewne za chwile w Egipcie. Jest to całkowicie nieprzewidywalne, wymykające się spod naszego centroeuropejskiego punktu widzenia.

Znając Egipt od środka, trudno mi uwierzyć, że będzie normalnie. Oglądałam na Gazecie zdjęcia z wyrabowanego muzeum w el-Minja. Ile czasu potrzeba, aby tak wyglądało Muzeum w Kairze....

Wszystko stanęło na głowie.  Nigdy nie rozumiałam Arabów, a mój szacunek dla nich już dawno uleciał.

Brak poszanowania praw człowieka, brak tolerancji dla inności, kult jednostki, powszechna korupcja.... A do tego ogromna bieda i analfabetyzm zwykłych ludzi...

09:18, agamacz
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2